domuspolonorum - strona główna
05-06.2008

"Ciągle przed nami ogrom pracy" Mieczysław Pabis

O pałacu w Kościelnikach, jego najnowszej historii i odbudowie, a także sytuacji byłych właścicieli ziemskich z Iwem Nowina Konopką rozmawia Mieczysław Pabis

W jakim stanie pałac w Kościelnikach zastała II wojna światowa?

Nim odpowiem na to pytanie, chciałbym nakreślić tło tamtego czasu, co pozwoli lepiej zrozumieć, a przede wszystkim zobaczyć problem z szerszej perspektywy. Sytuacja majątków ziemskich w schyłkowym okresie dwudziestolecia międzywojennego była niezwykle ciężka. Galopująca inflacja, brak stałych reguł rynkowych, co rusz wybuchające konflikty i kryzysy polityczne nie napawały optymizmem. Europa, liżąca wówczas jeszcze rany po zakończeniu I wojny światowej, powoli dźwigała się z upadku. Odbudowywał się potencjał demograficzny poszczególnych narodów, jednocześnie z reguły okaleczona rodzina z wielką trudnością odtwarzała swe naturalne zaplecze, odtwarzany był potencjał i kapitał gospodarczy. W takich warunkach, mając nadzieję na rosnącą stabilizację polityczną i gospodarczą, ówczesny właściciel Henryk hr. Wodzicki podjął starania na rzecz restauracji swej wspaniałej zabytkowej rezydencji. Mając na uwadze chęć udostępnienia szerszym kręgom potencjalnych zainteresowanych, Teresa z hr. Potockich Wodzicka, żona Romana przekazała lwowskiemu Ossolineum wspaniałe archiwum domowe, będące wówczas jednym z trzech najbogatszych prywatnych tego typu zbiorów w przedwojennej Polsce. Spadła wielka odpowiedzialność i ciężar zajmowania się tym skarbem. To pozwoliło rozpocząć restaurację wnętrz I piętra ze wspaniałą salą ansamblową, biblioteką, salą antenatów, salonem błękitnym projektowanych przez królewskich architektów. Wspaniałe, zachowane w spokojnym tonie wnętrze rodzinnego domu, obite jedwabnymi tkaninami ściany, patrzący poważnie z portretów antenaci, tryskający życiem ogród włoski, a nade wszystko Rodzina – trwały w coraz większym napięciu w oczekiwaniu na mające rozegrać się niebawem wydarzenia. Wydarzenia te zmieniły całkowicie obraz ówczesnej Europy, Rzeczypospolitej, Małopolski, Kościelnik i wreszcie rodzin je zamieszkujących. Jako, że majątek należał do bardzo rozległych (liczył wówczas ok. 4500ha), w niezłym stanie, pozostawiono Wodzickim tak możliwość zamieszkiwania, jak i zarządzania nim podczas wojny. Stosunki między wsią a dworem były przyjazne, Państwo często bywało rodzicami chrzestnymi dzieci włościańskich, a i wieś odwzajemniała się serdecznością. W czasie działań wojennych dwór udzielał rozlicznej pomocy potrzebującym. W końcowym okresie Powstania Warszawskiego właściciele Stefanowie Wodziccy zorganizowali w pałacu lazaret dla uciekinierów i powstańców, który funkcjonował do stycznia 1945 roku. Został on ewakuowany gdy niebezpiecznie zbliżyła się ofensywa sowiecka. To właśnie przez Sowietów, którzy w lutym 1945 roku zajęli zabudowania dworskie na pół roku, moja rodzina opuściła Kościelniki. W tym czasie wycięli prawie cały park na potrzeby grzewcze. Zniszczyli ogromną ilość ruchomości i spalili zameczek. Dom opuszczony w szaleńczym pośpiechu przez gospodarza zajęła swołocz bolszewicka nie mająca szacunku dla własności, kultury, tradycji i życia. Przez pół roku postoju kwatery sowieckiej w pierwszej połowie 1945 roku w majątku wycięto niemal cały wspaniały wielosetletni drzewostan dawnego zwierzyńca, zniszczono ogrody, spalono najstarszy budynek – zameczek – pierwotną obronną siedzibę rycerską. Poczyniono wówczas tak ogromne i dotkliwe straty, że po opuszczeniu Kościelnik przez najeźdźców stan majątku był tragiczny. Władza ludowa bardzo szybko pokazała swą prawdziwą twarz. Już w 1944 roku samozwańczy PKWN wydał „Dekret o reformie rolnej", „nacjonalizacji przemysłu" i „gruntów warszawskich". Tym samym zniweczył dorobek dwudziestolecia, tzn. prężnie rozwijającą się gospodarkę, prywatną inicjatywę i aktywność gospodarczą, bankowość, rolnictwo, przemysł, a co najważniejsze: pozbawił obywatela stałego punktu odniesienia – nienaruszalności i świętości: własności prywatnej! Z czasem uderzył w ostatni bastion wolności – w Kościół katolicki

Czy właściciele majątku próbowali go odzyskać po II wojnie światowej?

- Wodziccy przez krótki czas mieli nadzieję na odzyskanie majątku. Właściwie w ciągu roku okazało się, że tzw. władza ludowa w swej istocie występuje przeciw ludowi, narodowi, niszcząc kulturę, tradycję i podważając naturalne więzi społeczne. W takich okolicznościach tworzony był nowy człowiek: homo sovieticus – zgnębiony, pasywny, pozbawiony własnej woli i silnego kręgosłupa, który bał się nawet bać! Szybko okazało się, że powracając z emigracji nie wolno im zbliżać się do swego majątku, nie mówiąc o drakońskim zakazie osiedlania się byłych właścicieli ziemskich w odległości mniejszej niż 50km od swych dóbr ziemskich!

Przez kolejne 50 lat majątek ten, podobnie jak tysiące innych pozbawionych nadzoru właścicielskiego, popadał w ruinę...

- Posiadłość niszczała. To co pozostało z Biblioteki kościelnickiej, oddanej Ossolineum w 1933 roku przez Teresę z Potockich Wodzicką – zostało w większości wyrzucone w błoto przed pałac i zgniło, a część została spalona. To samo stało się z meblami. Część oczywiście rozgrabili bolszewicy w służbie rewolucji. Żaden z elementów dawnego wyposażenia nigdy nie został zwrócony. Zdobiły one gabinety notabli, aparatczyków, stanowiły przedmiot paserstwa! Zabrakło poczucia wyrządzenia krzywdy – mimo wyjątkowo dobrych wcześniejszych relacji między dworem a wsią. wójt Kościelnik, pochodzący z komunistycznego nadania, zarządził rozebranie dawnego budynku kaplicy, murów obwodowych, budynku cieplarni i kilku innych. Ze skradzionej cegły pozyskanej z zabudowań dworskich zbudował sobie budynki gospodarcze. Nastąpił długi okres „bezkrólewia", kiedy pałac kościelnicki pełnił funkcję świetlicy wiejskiej. Z początku mieszkały tam jeszcze dwie rodziny, które jednak szybko opuściły pałac ze względu na trudne warunki bytowe.

Czy były podejmowane jakieś próby ratowania majątku?

- Po wojnie miejscowa ludność zwróciła się do Stefana Wodzickiego z zapytaniem czy by się nie zgodził, aby w pałacu powstała kaplica kościelna. Ten, widząc, że nie ma żadnych szans na odzyskanie Kościelnik, przystał na to. Innego zdania była jednak władza ludowa... W latach 70-tych Politechnika Krakowska pod przewodnictwem rektora, prof. Bolesława Kordasa podjęła próbę rewaloryzacji majątku. Niemniej jednak, zniszczono wówczas to, co jeszcze można było zniszczyć, a do odbudowy nie doszło na skutek nagłej śmierci profesora.

Jak doszło do tego że Pana rodzina odzyskała Kościelniki?

- W 1997 r., po wieloletnich staraniach, Teresa hr. Wodzicka odzyskała swoją własność. Udało się do tego doprowadzić po kilku latach starań i majątek wrócił w ręce rodziny. Dwa lata później na podstawie umowy rodzinnej zostałem wyznaczony do odbudowy pałacu w Kościelnikach, który stał się moją własnością. Pałac był całkowicie zrujnowany. Pozostało może 50 procent więźby dachowej. Całe poszycie było dziurawe. Nie było ani metra kwadratowego stropu, ani jednego okna, ani jednych drzwi. Pod koniec 1999 r. na teren posiadłości można było wjechać jedynie ciągnikiem pomiędzy zaroślami i drzewostanem samosiewnym.

Jakie prace renowacyjne udało się Panu dotychczas przeprowadzić?

- Najpierw oczyściliśmy teren z samosiewów, którymi porośnięty był ogród i dawny zwierzyniec. Ratowaliśmy także sam pałac, w którym zostały odbudowane stropy nad parterem. Naprawiliśmy mury budynku oraz tymczasowy dach. Zabezpieczyliśmy również otwory okienne i drzwiowe. Rozpoczęliśmy budowę piwnic, które w przyszłości będą pełnić funkcję zaplecza techniczno-gastronomicznego dla adaptowanej funkcji pałacu. Prawdopodobnie w tym roku zakończymy prace przy fundamentach. Cały pałac jest objęty podbijaniem fundamentów. W tej chwili zostało nam jeszcze skrzydło wschodnie. Nad nowo powstałą piwnicą będzie trzeba założyć stropy. Może w przyszłym roku zajmiemy się stropami nad piętrem i dachem, który uzyska na powrót formę XVIII-wieczną.
Rozpoczęliśmy odtwarzanie ogrodów geometrycznych na górnych trasach i park, który został już wstępnie zrewaloryzowany. Rewaloryzacji został poddany cały program wodny. Wybudowano nową instalację, czyli długą, ponad stumetrową oś wodną, która nazwana została na cześć naszej najmłodszej córki Osią Konstancji. W oryginalnym kształcie odtworzyliśmy aleję wodną, która rozciąga się na długości niemal pół kilometra.

Czy planuje Pan już odbudowę dawnych umocnień i zabudowań gospodarczych?

- Myślałem, że wykonanie tych prac będzie możliwe wcześniej. Okazuje się jednak, że są to tak kosztowne prace, iż zajmiemy się tym najwcześniej za 5-10 lat. Najpierw jednak musimy dokończyć odbudowę pałacu. W dalszej kolejności odbudowany zostanie XVII-wieczny budynek bramny, zameczek i oficyna wschodnia, gdzie pomieścimy część hotelową. Później przyjdzie czas na budynek kaplicy, cieplarnie i inne. W tym czasie ogród przypałacowy będzie wzbogacał się o kolejne rośliny. W tej chwili mamy już płaskie, równo strzyżone trawniki. Mamy wysypane alejki żwirowe. Stan posiadłości już jest miły dla oka. Niemniej jednak ciągle jest przed nami ogrom pracy.

Czy władze państwowe czy samorządowe cokolwiek pomogły w restauracji pałacu?

- Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa udzielił mi dwukrotnie dotacji zwrotnej, z której otrzymaliśmy umorzenie 100 tys. zł. Jak na ogromne potrzeby Kościelnik, to prawie nic.

Jak określiłby Pan obecną sytuację dawnych właścicieli ograbionych ze swoich majątków przez komunistów?

- Upłynęło niemal dwadzieścia lat od tzw. Jesieni ludów. Polska jest ostatnim krajem dawnego bloku wschodniego, gdzie nie zwrócono zagrabionego mienia: dotyczy to zarówno dóbr ziemskich, jak i własności przemysłowej, ale i mienia bogatego chłopstwa, jak np. młynów. Polska Ludowa zrzekła się dochodzenia odszkodowań od ZSRR za utracone mienie zabużańskie. Sprawą reprywatyzacji od 1989 roku żadna z ekip rządzących faktycznie się nie zajęła. Natomiast w tym czasie tzw. znacjonalizowane mienie jest przedmiotem paserstwa, tzn. schemat w wielu przypadkach jest bardzo podobny: doprowadzenie do nierentowności i sztucznego obniżenia wartości nieruchomości, spółek handlowych i innych, które następnie są sprzedawane nabywcom, z pominięciem prawowitych właścicieli, bądź ich spadkobierców. Kolejne rządy, parlamenty, samorządy i agencje deklarujące ciągłość państwowości polskiej uczestniczą w tym bezczelnym i haniebnym procederze paserstwa. Pomimo tych nie naprawionych rachunków krzywd, przez lata znoszonych obelg i kłamliwych stereotypów byli właściciele ziemscy deklarują chęć dalszego służenia Ojczyźnie. Przez okres komunizmu wmawiano społeczeństwu polskiemu, że ziemianie są klasą wyzyskiwaczy, krwiopijców, bogacących się kosztem uboższych warstw społecznych. A wystarczy przypomnieć skąd się wzięło ziemiaństwo. Otóż pochodzi ono od stanu rycerskiego, który był obdarowywany nadaniami królewskimi, tyle, że nie za darmo. Ktoś kto ofiarowywał swój oręż, poświęcał swój czas i nawet życie dla dobra Ojczyzny był w ten sposób wynagradzany. Ponadto sfera ziemiańska sprawowała mecenat nad architektami i wszelkiego rodzaju artystami, niemal w całości tworzyła polską kulturę.

Ziemiaństwo było także ostoją polskości...

- Dzisiaj często odwołujemy się do dworu polskiego. Trzeba podkreślić, że dwór polski był cenny nie dlatego, że był szczególnym, pięknym budynkiem we wsi, ale dlatego, że niósł z sobą cały bagaż tradycji i patriotyzmu, bez których zachowanie tożsamości narodowej w trudnych czasach XIX i XX wieku mogłoby być niezwykle trudne. Warto zauważyć, że wszystkie powstania narodowe miały wsparcie, bądź źródło we dworze. Podczas II wojny światowej to właśnie dwór był miejscem gdzie żołnierze podziemia zawsze mogli szukać pomocy, schronienia i posiłku.

Obecna władza obiecuje jednak przeprowadzenie reprywatyzacji...

- Każda z rządzących stron sceny politycznej, dzisiejsza i poprzednie, przy okazji wyborów, mami nas rychłym zwrotem zagrabionego majątku. Tymczasem, jak uczy dotychczasowa praktyka, po wyborach zapomina się o danym słowie i praktykuje najwygodniejsze rozwiązanie: paserstwo. Najwygodniejsze – bo bezkarne. Wmawia się polskiemu podatnikowi, że nie stać państwa polskiego na zwrot zagrabionego majątku, że być może Polska mogłaby zwrócić 15% wartości, rozłożone na 15 lat, z wykluczeniem zwrotu w naturze. Tymczasem dokonuje się sprzedaży mienia za 100% wartości rynkowej innym nabywcom, czyli po prostu sankcjonuje się kradzież pozostałych 85%. Nie ma mowy o odszkodowaniu za lata bezprawnego użytkowania dóbr, co oznacza, że wartość nieruchomości została już sześciokrotnie skradziona, licząc 10-cio letnie pożytki i korzyści czerpane z nieruchomości jako wartość majątku! Wyżej wymienione straty byłych właścicieli powiększają się z dnia na dzień o wszelkie pożytki i korzyści nieprawnie czerpane dzisiaj przez obecnych posiadaczy.

Czy proponowana ustawa daje prawowitym właścicielom jakąś choćby symboliczną rekompensatę za krzywdy, czy jest to raczej policzek wymierzony ziemianom przez obecną klasę posiadaczy?

- Moim zdaniem to jest jedna wielka kpina. Jak można – przedstawiając się jako osoba honorowa potwierdzać złodziejstwo - deklarować jednocześnie że w swojej łaskawości i hojności możemy dać 15 proc. wartości majątku rozłożone na 15 lat. Czy to nie jest kpina? Trudno to inaczej nazwać. Ja oceniam honor takich ludzi na 15 proc. Tyle są dla mnie warci.

webmaster